Felieton #3: Są takie wyjazdy…

Sobota po południu, służba na JRG przebiega jak dotąd spokojnie, ktoś przemyca gdzieś tam w głowie: „Heh, jak zwykle tam u Was w robocie…”.

Tak naprawdę, to co może nas – ratowników spotkać: wysiłek, emocje, stres i strach dotyka w takim wydaniu ułamek społeczeństwa w życiu codziennym. Koszmary… koszary już posprzątane, wszakże to dzień porządków na JRG. Każdy kończy swoje dotychczasowe obowiązki, ktoś wybiera się na siłownię… dzwonki rozbrzmiały! – trening jak i inne rzeczy będą musiały poczekać.

„Wypadek samochodu ciężarowego z osobowym, są osoby uwięzione”. Dwa zastępy do wyjazdu, cała zmiana, 7 osób (tak, tak to dość normalny stan mniejszych jednostek w Polsce). W kabinie załogi panuje dość specyficzna atmosfera, napięcie wzrasta z każdym kilometrem bliżej celu, patrzę na chłopaków, którzy doświadczeniem biją mnie kilkunastokrotnie. Zazwyczaj żartobliwi i wyluzowani dają mi swoim zachowaniem pewność, że nie ma co liczyć teraz z ich strony na luźną gadkę.

Nitryle na rękach, szybki podział obowiązków, jesteśmy już prawie na miejscu. Przed nami są już ochotnicy, dowódca ich zastępu przekazuje informacje do Stanowiska Kierowania o 4 osobach podróżujących pojazdem, w których jest jedno dziecko. Prowadzący ciężarówkę nie odniósł obrażeń, 2 osoby dorosłe są uwięzione w samochodzie osobowym. Tuż przed zatrzymaniem naszego GBA skupiam swój wzrok na osobówce.
4 strażaków wśród przewodów hydraulicznych pochyla się nad pojazdem znajdującym się w rowie. Osoba uwięziona – pasażerka siedząca z przodu oddzielona jest od nas zmiażdżonymi drzwiami i zgniecionymi słupkami oraz progiem. Idę prosto w tamtym kierunku, widząc że jeden ZRM już mamy na miejscu, następny jest w drodze, a z oddali słychać lecący śmigłowiec LPR.

Odparte drzwi o dziwo bez problemu, nacięcia uwalniające wykonane w słupku A, niestety to nie koniec. Próg samochodu rozpołowił się i przycisnął stopę. Sprawdzenie funkcji życiowych – brak tętna i oddechu, profil wiotkiej od złamań twarzoczaszki „rozmył” mi się w dłoniach.

Ćwiczenia na pojazdach w stanie niemal idealnym dają mi w tym momencie tylko wiedzę na temat możliwości pracy samego urządzenia, koncepcje i sposób ich użycia musimy tworzyć błyskawicznie, indywidualnie i niemal bezbłędnie. Inaczej stracimy czas. Rozpieraczem ramieniowym raz zgniatam, raz odpieram karoserię wspierając końcówkę o stelaż siedzenia pasażerki. Wszystko odbywa się w odległości, zdawałoby się, milimetrów od nogi poszkodowanej – strażacy zza pleców nic już nie mówią, milczą niepewni o to co dalej nastąpi, być może nie wierzą w to, że to się w ogóle da sprawnie zrobić.

Jeszcze musimy tu naciąć, ostatnie odparcie, urządzenie w maksymalnym rozwarciu, odcinamy rzemyk od sandała nożem wydobytym z panelu udowego. Dobrze! Udało się wydobyć, „wyjeżdżamy” z pacjentką.

Ratownicy medyczni na czele z lekarzem już na nią czekają. W tle toczy się walka o życie, jak się potem okazało sióstr, dziecko jednej z nich odzyskało funkcje życiowe za zasługą lekarza, który przejeżdżał prywatnym samochodem i napotkał zdarzenie.
Poszkodowana siedząca z tyłu w czasie wypadku leży teraz na chodniku już trochę dalej z boku, jakby bez opieki. Ktoś wyciągnął z torby czarną folię na trupy.
Nad kierującą pojazdem znajduje się kilku ratowników, próbują wykonać dostęp dożylny, lecz żyły są mocno zapadnięte, koniec końców trafia do szpitala śmigłowcem LPR z zachowanym tętnem i bardzo słabym, sporadycznym oddechem.
Ta kobieta nie wie, że odbywa lot pożegnalny nad ciałami swoich dwóch najbliższych… tak, pasażerka, którą „wycięliśmy” poniosła śmierć na miejscu. Dziecko na sygnale odjeżdża karetką pogotowia do szpitala. 2 ciała, a między nimi parawan oddzielający nas od gapiów, których nigdy nie brak. Co oni chcą zobaczyć? I po co?
W wytyczonej strefie my, patrzymy na ciała, pot oblewa nam czoła. Spakowany sprzęt medyczny oraz urządzenia hydrauliczne. Przyglądamy się pojazdowi; jak wygląda jego położenie oraz rozważamy podjęte przez nas sposoby wydobycia. Zawsze tak jest, analiza, pytania, w kółko. Zrobiliśmy co mogliśmy, śmierć tym razem wygrała.

Do końca pełnienia służby jesteśmy jacyś nieswoi, temat wypadku przewija się między rozmowami, zwłaszcza, że zmiana przyjmująca, tradycyjnie pyta: „co mieliście ?”.

Znajomi dopytują, widzieli zdjęcia w prasie internetowej, widzieli również mnie pośród licznej ekipy strażackiej – udzielam tych samych odpowiedzi, oszczędzając wrażeń, które lepiej zachować w wąskim zmianowym gronie. Po powrocie do domu na grupie dyskusyjnej zamieszczam ostatni wpis dotyczący tego zdarzenia: „Panowie, wypadek przyniósł 4 ofiary śmiertelne, nikt nie przeżył”.

Opowieści z akcji wypadek samochodu

To jest nasza pasja, to jest nasza praca, którą wykonujemy, praca która powinna być chlubą każdego funkcjonariusza stojącego na straży zdrowia i życia innych. Musimy ciągle doskonalić się bo nigdy nie wiemy, kiedy zdobyta wiedza może nam się przydać i komuś uratować życie lub zdrowie. Musimy jednak też oswoić się z myślą, że nie zawsze uda nam się zdążyć przed śmiercią, czasem to ona uprzedza nas, a nam pozostaje tylko nauczyć się tej trudnej sztuki aklimatyzacji.
“(…) Wybraliśmy ten zawód, a nie inny. Chcąc wykonywać go bezbłędnie, powinniśmy czytać i uczyć się każdego dnia… I musimy albo przyjąć na siebie tą odpowiedzialność albo zrezygnować…” Dr Norman McSwain

na podstawie prawdziwego zdarzenia w którym udział brał redaktor drogaratownika.pl – J.B.

Koniecznie podziel się swoim zdaniem!